15 LAT Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Data dodania: 01 marca 2026

W odradzającej się Polsce szybko okazało się, że obawy towarzyszące planistom akcji „Burza” miały silne podstawy. Armia Czerwona przekroczywszy 1 stycznia 1944 r. przedwojenne granice Polski przyniosła ze sobą dobrze przygotowany aparat represji mający na celu pełne podporządkowanie społeczeństwa polskiego, zbudowanej według wzorców sowieckich, władzy ludowej. Walcząca o niepodległość Armia Krajowa – największa tego typu organizacja w historii, która ujawniła się, występując jako prawowity gospodarz, aliant i kontynuacja przedwojennego Wojska Polskiego, stała się dla sowietów i nowej władzy wrogiem publicznym numer jeden. NKWD rozbrajało całe oddziały AK, żołnierzy siłą wcielano do podległej sowietom armii Berlinga, a oficerów wysyłano na daleki wschód. Powszechne stały się gwałty i morderstwa sowietów na ludności polskiej. W tej sytuacji  żołnierze z AK, Batalionów Chłopskich, czy Narodowych Sił Zbrojnych, którzy nie złożyli broni przeszli do jeszcze głębszej konspiracji i rozpoczęli walkę z systemem komunistycznym, która trwała do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku – wtedy to 21 października 1963 r. zginął ostatni żołnierz podziemia antykomunistycznego – wachmistrz Wojska Polskiego Józef Franczak, ps. „Lalek” .

Przeciwko, jak ich wówczas nazywano, reakcyjnemu podziemiu władza zmobilizowała ogromne siły aparatu bezpieczeństwa i wojska.  W okresie tym poza oddziałami Milicji Obywatelskiej, podległego Urzędowi Bezpieczeństwa Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i NKWD, walkę z uzbrojonymi oddziałami podziemia prowadziły regularne oddziały Wojska Polskiego wsparte kilkunastoma załogami lotniczymi. 1. Dywizji Piechoty w województwie białostockim, 3. DP na Lubelszczyźnie oraz 9. DP w rejonie rzeszowskim otrzymały po trzy samoloty Po-2 w kluczach łącznikowych. Lotnicy zajmowali się rozpoznaniem terenu, zrzutami prasy i ulotek agitujących walczących żołnierzy do poddania się. Dowódcy tych dywizji mogli ponadto, w ściśle określonych sytuacjach, sięgnąć po maszyny szturmowe – te jak się później okazało miały minimalny udział w walkach przeciwko rozproszonemu, mocno mobilnemu i dobrze zamaskowanemu przeciwnikowi, jakim były oddziały leśne Żołnierzy Niezłomnych, czy jak zwykło się ich nazywać – „Wyklętych”[1].  Żołnierzy tych jeszcze częściej nazywano bandytami, a ich oddziały bandami.

Podczas odprawy 13-14 maja 1946 r. u Naczelnego Dowódcy WP – Ministra Obrony Narodowej Marszałka Michała Roli – Żymierskiego dowódca VII Okręgu Wojskowego Lublin, gen. Wojciech Bewziuk „w związku z przeprowadzaną walką z bandytyzmem, prosi o przydział 2 kluczy samolotów (1 dla okręgu, 1 dla 3 DP) oraz samochodów pancernych.”[2]

Mówiąc o walkach z podziemiem antykomunistycznym, poszczególni dowódcy Okręgów Wojskowych deklarowali, że: miernikiem wartości moralnej żołnierza jest zachowanie się jego w walce z bandytyzmem. Generał Bolesław Zarako-Zarakowski dodawał: Stan polityczno-moralny w jednostkach pozostaje w ścisłym związku z wynikami, osiągniętymi w walce z bandytyzmem. Jednostki, które mają sukcesy, są również zdrowe moralnie i politycznie. Podobnej nomenklatury używali oficerowie wywodzący się z armii II Rzeczypospolitej, którzy zdecydowali się służyć w nowym wojsku. Generał Mossor referował przebieg działań wojska przeciwko polskiemu podziemiu niepodległościowemu, używając propagandowej retoryki – partyzanci mieli prowadzić walkę dzięki mocodawcom z Zachodu, a kierować nimi miała idea fikcji wielkomocarstwowej, zaszczepiona przez literaturę, romantyzm i inteligencję polską. Generał Bruno Olbrycht chwalił zmiany nastrojów wśród żołnierzy: są w zasadzie pozytywne, demokratyczne, za Rządem Jedności Narodowej, przeciw reakcji.

Warto tu dodać, że oddziały partyzanckie, prowadziły nadal, rozpoczęte jeszcze podczas wojny, działania przeciwko rzeczywistym bandom rabunkowym, często wymierzając kary chłosty i rekwirując znalezioną broń, a zrabowane przez bandy mienie przekazując prawowitym właścicielom.

Wojsko rozpoznawało co najmniej trzy rodzaje „band”: polityczne (NSZ, WiN, AK i katolickie), ukraińskie  oraz bandy rabunkowe. Zauważano także, że celem zjednania sobie ludności miejscowej bandy rabunkowe podszywają się pod AK, co przynajmniej w początkowym okresie pomagało żołnierzom AK. Ciekawym zagadnieniem jest wzajemny stosunek żołnierzy regularnego wojska i podziemia antykomunistycznego. Partyzanci starali się unikać starć z Wojskiem Polskim, a i sami żołnierze – niejednokrotnie wywodzący się z organizacji partyzanckich nie podejmowali otwartej walki, czy wręcz pozwalali się partyzantom rozbrajać. Znamienne było tu stanowisko dowódców wielu biorących w akcjach jednostek regularnego wojska, którzy podkreślali, że jest to sprawa UB i wojsko powinno stać z boku. Początkowo ataki podziemia skierowane były przeciwko aparatowi bezpieczeństwa i sowietom, co spotykało się z poparciem społecznym. Sytuacja zmieniła się gdy w walkach zaczęli ginąć polscy żołnierze. To w połączeniu z wyrokami sądowymi na dowódcach, niepodejmujących walki, bądź pozwalających na rozbrojenie swoich oddziałów, sprawiło, że postrzeganie żołnierzy niezłomnych zaczęło się w wojsku zmieniać, a żołnierze wojska regularnego łatwiej poddawali się manipulacji i faktycznie zaczęli postrzegać ich jako bandytów.

Ponadto, dla zachęcenia regularnych żołnierzy do walki z podziemiem antykomunistycznym przewidziane były profity finansowe. O te upominał się podczas rzeczonej już odprawy u Marszałka Rola – Żymierskiego, dowódca  V  OW Kraków, który wysunął sprawę dodatku pieniężnego przewidzianego dekretem dla żołnierzy biorących udział w walce z bandytyzmem. Rozkaz wykonawczy do dekretu miał na polecenie Marszałka przygotować gen. Jerzy Bono w ciągu dwóch dni od odprawy.

Kim byli żołnierze podziemia niepodległościowego i czemu podejmowali walkę mimo zakończenia wojny?

Za przykład może posłużyć dobrze znana w Dęblinie i okolicy postać Mariana Bernaciaka ps. „Dymek”, „Orlik” i jego oddział OP I/15 p. p. „Wilków” AK.

Przedstawmy krótko jego historię.

We wrześniu 1939 r. Marian Bernaciak walczył w oddziałach 2 Pułku Artylerii Ciężkiej zarówno z Niemcami, jak i sowietami. Podczas walk z Armią Czerwoną o Włodzimierz Wołyński został wzięty do niewoli i wysłany transportem do obozu w Kozielsku. Udało mu się zbiec, co uratowało go przed późniejszym losem wielu jego towarzyszy broni w Katyniu. Wrócił do rodzinnego Zalesia i pod pseudonimem „Dymek” rozpoczął działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej (później AK), gdzie szybko mianowany został szefem Kedywu (Komenda Dywersji) podobwodu „A” Dęblin-Ryki, obwód Puławy AK. Tu już jako „Orlik” sformował ponad 300 osobowy oddział, przeprowadzając w latach 1943–1944, ponad 20 akcji bojowych, dywersyjnych i rekwizycyjnych przeciwko Niemcom.

Jedną z bardziej spektakularnych, była akcja przeprowadzona 31 maja 1944 r. w Brzozowej na Szkołę Hitlerjugend, podczas której Szkoła została opanowana przez OP 1/15 PP „Wilków” AK oraz żołnierza Placówki AK nr 33 w Sobieszynie. Zginął komendant Szkoły, a oddział dowodzony przez „Orlika” zdobywszy znaczne ilości broni i oporządzenia wycofał się. To tu bodaj pierwszy raz użyto przeciw nim lotnictwa. Zaatakowali Niemcy samolotami startującymi z lotnisk w Podlodowie i Ułężu. Podobnie jak późniejsze, wspomniane już działania szturmowe z powietrza na rozproszony odział nie przyniosły sukcesów.

Oddział „Orlika” brał czynny udział w akcji „Burza” , wyzwalając m.in. Ryki i chroniąc okoliczne lotniska. To właśnie geneza, przebieg akcji „Burza” i następujący po niej terror wobec żołnierzy AK i ludności cywilnej wyjaśnia fenomen powstania podziemia antykomunistycznego w Polsce oraz legitymuje jego działalność.

Dziś jeszcze rezonuje w społeczeństwie zasiane przez propagandę sowiecką przeświadczenie o bezprawnym działaniu „band”, łatwo się im poddać, walczono bowiem z przedstawicielami władz uznanych w stosunkach międzynarodowych, społeczeństwo zmęczone było wojną i marzyło o spokoju, a wśród członków Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy milicji mogli być tacy, którzy szczerze wierzyli, że służą niepodległej i sprawiedliwej Polsce.

Patrząc z perspektywy czasu na działania podziemia niepodległościowego walkę z ówczesnymi władzami można by uznać za bezcelową, gdyby postrzegać ją wyłącznie jako próbę natychmiastowego odzyskania pełnej niepodległości – co w tamtych realiach było niemożliwe. Jednak ta sama działalność nabiera sensu jako opór wobec masowych represji wymierzonych w żołnierzy Armii Krajowej i cywilów.

Takie represje szerzyły się w całym kraju, a na Lubelszczyźnie przybierały wyjątkowo okrutne formy. Już pod koniec lipca 1944 r. aresztowano dowództwo i żołnierzy 3. oraz 8. Dywizji AK – łącznie ok. 2500 osób – żołnierzy polskiego wojska, które wspólnie z Armią Czerwoną przystąpiło do ofensywy przeciw oddziałom niemieckim. Oddziały AK zostały otoczone przez „bratnią” Armię Czerwoną i rozbrojone. Żołnierzy umieszczono w obozie na Majdanku, wielu później zamordowano lub wywieziono do ZSRS. Oddziały NKWD podążające za Armią Czerwoną rozpoczęły systematyczne eliminowanie żołnierzy podziemia nie popierających nowej władzy. Prowadzone były też masowe obławy przeprowadzane na terenie wsi, gdzie ofiarami padali przypadkowi ludzie. Terror ten się wzmagał wraz z niepowodzeniami w rozbrajaniu oddziałów podziemia antykomunistycznego. W 1946 r. przed Referendum  uwięziono ponad 36 tys. osób, a ok. 800 straciło życie.[3]

2 maja 1946 roku grupa operacyjna Milicji Obywatelskiej oraz funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z Puław dokonała pacyfikacji i świadomego spalenia wsi Wąwolnica – przez lata zdjęcia tej zbrodni zrobione przez amerykańskiego fotografa Johna Vachona – wówczas pracownika UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration) przedstawiane były przez propagandę komunistyczną, jako zdjęcia ze wsi spalonej przez Niemców w czasie II wojny światowej. Dzisiaj wraz z zeznaniami świadków i listami Vachona do żony stanowią dowód zbrodni komunistycznej przeciwko ludności cywilnej. Na marginesie można dodać, że dzień po spaleniu wioski próbowano wmówić mieszkańcom, że wioska została spalona przez oddział „Orlika”.

„W tej sytuacji żołnierze AK działający później w organizacji WiN byli zmuszeni do przeciwstawienia się zbrojnej masowej eksterminacji, poprzez walkę zarówno z oddziałami NKWD, jak i wspierającymi je formacjami polskimi, tj. milicją, UB i tzw. Wojskami Wewnętrznymi. Była to walka potrzebna i celowa, polegająca na odbijaniu jeńców lub zapobieganiu morderstwom i aresztowaniom. Sąd Najwyższy określa to obecnie w swoim orzecznictwie jako „prawo do zbiorowej obrony koniecznej”. Nie ulega wątpliwości, że właśnie taki charakter miały działania zbrojne oddziału „Zapory”[4].

Przytoczony fragment Postanowienia Sądu Wojewódzkiego w Warszawie z 23 maja 1994 roku w sprawie oddziału mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora” dobitnie wskazuje  stanowisko jakie należy przyjąć podczas analizy działalności żołnierzy podziemia niepodległościowego. Dziś 1 marca, świętujemy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowiony przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej. W całym kraju organizowane są biegi „Tropem Wilczym”. Pamiętajmy o nich, naszych sąsiadach, często nie tak sławnych, lub nigdy nie ujawnionych. Do dziś w wielu rodzinach nie mówi się głośno o ich historii, czasem z obawy, wstydu. W chwili wątpliwości przypomnijmy sobie słowa postanowienia sądu i oddajmy im należną cześć!

[1] I. Kotliński, Lotnictwo Polski Ludowej 1944-1947, Wydawnictwo MON, Warszawa, 1987, s. 393-408.

[2] J. Pałka, Odprawa u Naczelnego Dowódcy WP w maju 1946 roku, w Przegląd Historyczno-Wojskowy 15 (66)/1 (247), 2014, s. 139

[3] M. Turlejska, Te pokolenia żałobami czarne. Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944-1954, Aneks, Londyn 1989, s. 48-60.

[4] Postanowienie Sądu Wojewódzkiego w Warszawie z 23 maja 1994 roku. Sygnatura akt VIII Ko 722–93–UN

 

Zdjęcia: Domena Publiczna